Ręka mistrza
  
Wyniki konkursu
Najwyżej oceniane produkty
głosowano 172 razy
głosowano 167 razy
głosowano 168 razy
głosowano 129 razy
Więcej...
Zapisz się do Newslettera
     Jeśli chcesz otrzymywać informacje o
   nowościach i zapowiedziach, promocjach oraz specjalnych rabatach.

Twój email:
Artykuły - Ręka mistrza

 Ręka mistrza
 
„Stephen King uważany jest za mistrza literatury horroru". Takie słowa przeczytamy w opisie każdej jego książki. Ja nie powinnam raczej potwierdzać jeszcze, ani zaprzeczać tym słowom - już po przeczytaniu jednej z jego wielu powieści przekonałam się, że aby odkryć ich pełną głębie nie wystarczy mieć zaledwie czternastu lat*. Tą powieścią była „Ręka mistrza", opublikowana w 2008 roku, przez wydawnictwo Prószyński i S-ka w przekładzie Michała Juszkiewicza.

 

„Ręka mistrza" opowiada o Edgarze Freemantle, znaczącej osobowości w branży budowlanej. Pewnego dnia ma on wypadek, w którym traci rękę i staje się niezrównoważony psychicznie - dostaje nagłych napadów szału, zapomina słów... Gdy wraca powoli do zdrowia i potrafi już w miarę normalnie funkcjonować, psycholog Kamen radzi mu, aby w ramach leczenia wyjechał gdzieś daleko, aby zapomnieć o całym „poprzednim życiu" i rozwodzie z żoną, a dodatkowo robił coś, co sprawia mu radość. Tak więc Edgar Freemantle, były szef znaczącej firmy budowlanej, udaje się na florydzką wyspę Duma Key i zaczyna rysować. Poznaje tam swoich dobrych znajomych, Jacka Cantoriego oraz wiekową Elizabeth Eastlake, a także najlepszego przyjaciela - Jerome'a Wiremana.

 

Wszystko zapowiadało się bezbłędnie - przepiękne zachody słońca, widoczne z pokoju nowego domu, zachwycająca plaża, na której niepełnosprawny praktycznie mieszkał, szum muszli pod podłogą i spacery brzegiem morza... Nikt nie przypuszczał, że sprawy przybiorą tak dramatyczny obrót.

 

Edgar rysuje. Codziennie. Zaczęło się od niewinnych kredek, ale już wtedy główny bohater nie zawsze tworzy z pełną świadomością. Czasem szkicuje nawet coś w rodzaju wizji jasnowidza.

 

Potem przyszedł czas na farby. Z obrazów namalowanych akwarelami zaledwie kilka jest stworzonych przy zdrowym umyśle. Jakby tego było mało, zaczynają odkrywać powoli swoją niszczycielską moc - zaczynając od uduszenia zabójcy, poprzez uzdrowienie Wiremana, kończąc na rozpętaniu sztormu. Każdy następny ma coraz większe konsekwencje, nie zawsze dobre.

 

Freemantle'owi nie przychodziło do głowy, że za tym wszystkim stoi tak potężna postać jak Persefona - demon na wzór rozgniewanej, greckiej boginki. Potrafiła z pomocą jednego człowieka zabić kilkanaście innych, a „opętany" nawet nie musiał się zbliżać do ofiar.

 

Mimo wszystko, Jackowi, Edgarowi i Wiremanowi udało się ją czasowo unieszkodliwić topiąc w pojemniku ze słodką wodą. Cała historia zakończyła się prawie dobrze - główni bohaterowie przeżyli „atak", jednak za cenę życia młodszej córki Freemantle'a (Ilse), Kamena oraz recenzentki sztuki. Wszyscy ponieśli śmierć za pośrednictwem zabójczego uroku obrazów, nad którym nikt nie miał już kontroli. Edgar, po całkowitym zakończeniu akcji powieści już nigdy nie rysował. Uznał to za zbyt niebezpieczne.

 

Książka jest nie tylko zaskakującym horrorem, ale także historią psychologiczną. Wewnętrzną przemianę bohatera można łatwo zauważyć.

 

Powieść została napisana dosyć ciężkim językiem, dlatego nie da się przeczytać zbyt dużego fragmentu przy jednym posiedzeniu. Po pewnym czasie trzeba od niej trochę odpocząć, jednak czytelnicy oceniają ją dość wysoko.

 

Stephen King jest na początku tajemniczy. Już w pierwszym rozdziale wspomina o Wiremanie, który jest wtedy praktycznie anonimowy. Kiedy jednak dobrniemy do pewnego momentu, jego postać staje się z każdym zdaniem coraz barwniejsza. Podobnie jak przyjaźń z Edgarem.

 

Niezrozumiały wydaje się też cykl „Jak powstaje obraz". Dopiero na końcu dowiadujemy się o jego znaczeniu i wszystko składa się w jedną całość. Elizabeth Eastlake odgrywa taką samą rolę - na początku jest tylko staruszką z Alzhaimerem, a potem staje się bardzo ważną postacią, która także walczyła wcześniej z potężną boginką i to w wieku zaledwie kilku lat.

 

Podobnie jest z Jackiem Cantorim - na początku tylko zwykły pomocnik niepełnosprawnego, potem dość znaczący uczestnik wyprawy na „południowy kraniec wyspy". Bardzo przyczynił się do utopienia Perse.

 

Autor potrafi też wprowadzić napięcie. Szczególnie emocjonujące były ostatnie rozdziały opowiadające właśnie o „uśpieniu" boginki. Podobały mi się też momenty, kiedy Edgar wypowiadał zdania w stylu „nigdy więcej już jej nie zobaczyłem" lub „to był ostatni raz, jak ją widziałem". Gdy jakby cofał się z przyszłości do teraźniejszości i opowiadał o tym wszystkim, co dla nas zaraz miało się wydarzyć. Trochę o nieświadomości. W takich momentach autor wprowadza też zwykle obojętność zewnętrznego otoczenia.

 

Pan King umie też zaskoczyć. Chyba nikt nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Nawet po wszystkich tych wydarzeniach czytelników spotkała mała, aczkolwiek przygnębiająca niespodzianka - śmierć Wiremana „pod gołym niebem na bazarze w Tamazunchale, podczas targów o cenę świeżych pomidorów". Wydawałoby się, że skoro przeżył on już ataki Perse i wyprawę na południowy kraniec wyspy nic już mu nie grozi. A jednak...

 

Bardzo wzruszająca i smutna była nie tyle śmierć Elizabeth Eastlake, co jej zachowanie przed nią. Alzhaimer. Nie pamiętała osób ani miejsc. Mimo wszystko dawała, świadomie lub nie, Edgarowi i Jerome'owi znaczące wskazówki, chociaż na pozór były to tylko wymysły chorej umysłowo, starszej pani.

 

Autor mimo tych uniesień nie zapomina o tym, aby pozostać konsekwentnym. Zawsze pamięta o takich szczegółach jak nieopisany głód artysty po ukończeniu swojego dzieła, czy odczuwanie przez niego obecności swojej „prawej, fantomowej ręki".

 

Ogólnie rzecz biorąc, „Ręka mistrza" ma w sobie wszystko - od zmagania z niepełnosprawnością, poprzez rozwód, miłość i przyjaźń do fantastyki i w pewnym momencie przygody. Ale czego innego można było się spodziewać po tak wszechstronnym autorze jak Stephen King, który zajmuje się nie tylko pisaniem powieści, ale także zbiorów opowiadań, komiksów i scenariuszy filmowych?

 

Karolina Krajewska

*autorka tekstu jest czternastolatką

reklama